Zero waste w czasie zarazy

To nie jest dobry czas na bycie zero czy nawet less waste. Nie żyjemy w normalnym czasie, teraz priorytetem jest walka z wirusem, który – jak się okazuje – na razie wygrywa…Przynajmniej w Europie.

Ja sama ze zgrozą patrzę, jak wiele z moich dotychczasowych nawyków uległo zmianie. A nawet jeśli nie były to nawyki, to inne działania, których dotychczas nie podejmowałam, teraz stają się niemalże codziennością… I tak na przykład zdecydowanie przestałam oszczędzać wodę… Poczynając od rąk, które wręcz obsesyjnie myjemy sto razy dziennie. Nie, nie znaczy to, że dotychczas opłukiwaliśmy je 10 sekund i wycieraliśmy w portki; po prostu, kiedy wszyscy specjaliści dookoła mówią, że dokładne i bardzo częste mycie rąk ciepłą wodą i mydłem to podstawowa broń w walce z wirusem, myjemy je w rodzinie kompulsywnie niczym Lady Mackbeth. Przerzuciłam się ponadto z powrotem na mydło w płynie, bo to w kostce, mięknące na podstawce, którą starałam się regularnie kilka razy dziennie osuszać, w obecnej sytuacji wprawiało mnie w zbyt wiele wątpliwości. Podobnie z warzywami czy owocami. Szoruję je dokładnie pod bieżącą bardzo ciepłą wodą a i tak mam schizę i dla pewności obieram jabłka czy gruszki. Zdecydowanie częściej niż dotychczas piorę – piorę prawie codziennie, głównie ręczniki i to w temperaturze 95 stopni C, a wszystkie ścierki kuchenne dodatkowo prasuję, co jest dla mnie już kompletnym odlotem, bo nie prasowałam nawet ciuchów, poza eleganckimi sukienkami czy koszulami. Zużycie zatem wody i energii w ostatnich tygodniach na pewno nie mogę zaliczyć do zero waste’owych chwalipostów. Podobnie z ilością jednorazowych ręczników papierowych. Dezynfekuję nimi klamki, włączniki do świateł, telefony, komputer, kierownicę… Nie nadążyłabym z praniem wielorazowych szmatek…

Moje zakupy, choć nigdy nie należałam do ich fanów, owszem stały się jeszcze rzadsze niż dotychczas, to jednak ze smutkiem wróciłam do jednorazowych woreczków czy rękawiczek. Nie wezmę już warzyw czy owoców bez użycia jednorazowych foliowych rękawiczek, nie biorę pieczywa w sklepie,  jedynie czasem chleb tostowy. Zapakowany. Jeśli już jestem w sklepie mięsnym, to proszę o porcję wędlin pokrojonych „na teraz” i drugą, w zamkniętym próżniowo foliowym jednorazowym opakowaniu. „Na za kilka dni”. Naprawdę, chcę jak najrzadziej odwiedzać sklepy, nawet jeśli klienci karnie stoją od siebie 2 m w kolejce. Robię mięsa pieczone, pasztet i wędliny sama – czuję się dzięki temu, choćby pozornie, bardziej bezpieczna. Zresztą i tak dużo częściej jemy różnego rodzaje smarowidła – z ciecierzycy, fasoli, zawekowanych zimą pieczonych cukinii i suszonych pomidorów… Świeże bułki czy chleb kupuję w lokalnej piekarni, gdzie Pani podaje mi towar w rękawiczce (mam przynajmniej pewność, że nie są to bułki macane przez dziesięciu innych klientów), ale zdecydowanie najlepiej czuję się, gdy piekę chleb w domu. Staram się jak najmniej czasu spędzać w różnych miejscach, gdzie przewijają się ludzie, więc korzystam z rynku tylko w tygodniu, po godz. 16 i naprawdę rzadko… W sklepach nie mam już ani czasu, ani ochoty spędzać więcej czasu niż jest to absolutnie konieczne, więc nie poszukuję nowości,opcji zero waste, nie wczytuję się w jakieś nowe etykiety – po prostu biorę to, co znam i czemu ufam.

Ale są zdecydowanie i momenty, które powodują, że jestem dumna z tego, że świadomie wykorzystuję moje zerowaste’owe zdolności i wiedzę. Dzięki temu, że nie boję się eksperymentować w kuchni, nasza dieta jest naprawdę pełnowartościowa i zbilansowana, smaczna, szybka w przygotowaniu i urozmaicona. Kuchnia z resztek nigdy nie była i nadal nie jest dla mnie wyzwaniem, a smakowitą przyjemnością. Nadal nie kupuję wody butelkowanej i piję wodę prosto z kranu, ufając wodociągom, że w trakcie uzdatniania ginie także koronawirus. W sklepie staram się nie używać sklepowych wózków, tylko mam swój koszyk pleciony, który dezynfekuję po powrocie ze sklepu. Choć przyznaję, że noszę w torebce parę lateksowych rękawiczek, które zakładam za każdym razem, gdy nieprzygotowana muszę wejść do sklepu, apteki czy na pocztę i zaraz po wyjściu wyrzucam je do śmietnika. Wciąż używam domowej roboty kosmetyków, dzięki czemu od wielu tygodni nie wchodzę do drogerii. Korzystam także nadal z przygotowanej w domu chemii gospodarczej, a jeśli potrzebuję jednak czegoś do zadań specjalnych, to mam pod ręką lokalny malutki sklepik, w którym mogę dostać prawie wszystko, choć staram się również i tam bywać rzadko i nie zacieśniać szczególnych więzi międzyludzkich z przesympatycznymi skądinąd właścicielami. Nie czas na to.

W jaki sposób można  cały czas być less waste;

  1. Ograniczyć korzystanie z komunikacji miejskiej na rzecz roweru czy hulajnogi
  2. Rozsądnie gospodarować żywnością. Wykorzystywać resztki, eksperymentować w kuchni. Korzystać z produktów z dłuższym terminem przydatności (ale nie wysokoprzetworzonych) – np. strączki, puszki, weki, kiszonki. Ja np. regularnie opróżniam domową spiżarnię, w której cały czas królują powidła, ogórki, maliny w cukrze, czy pieczone cukinie z chili 😉
  3. Nie robić zakupów. Duże galerie handlowe są zamknięte, małe sklepiki funkcjonują – powiedzmy „normalnie” w tym nienormalnym czasie., co nie znaczy, że trzeba tam spędzać każde popołudnie. Naprawdę wystarczą zakupy 2 razy w tygodniu.
  4. Samemu zrobić sobie płyn do dezynfekcji, zamiast kupować mega drogie specyfiki lub biegać po mieście w ich poszukiwaniu.
  5. Samemu nastawić nasiona na kiełki, zasadzić zioła, cebulę na szczypiorek czy pietruszkę na natkę.
  6. Jeśli zabraknie Wam płynu do prania czy tabletek do zmywarki, to możecie spróbować zrobić samemu. Przepisy znajdziecie u mnie, np. tutajlub tutaj. Składniki możecie zamówić w wielu sklepach internetowych, z dostawą do domu.
  7. Zwolnić… Spędzić ten czas z rodziną.

Czego lepiej unikać :

  1. Korzystania z komunikacji miejskiej, transportu publicznego. Jeśli nie możecie skorzystać z roweru, to samochód jest lepszą opcją (tak, wiem, nie każdy ma swój własny samochód – podpowiadam tylko opcje, które nie zawsze są możliwe do spełnienia)
  2. Kupowania mięsa, wędlin, serów do własnych opakowań; z kawą do własnego kubka też może być kłopot…
  3. Kupowania pieczywa bez rękawiczek ochronnych, jednorazowych
  4. Kupowania serów, mięsa czy ryb na miejskich targowiskach
  5. Bliskich kontaktów ze sprzedawcami, zwłaszcza w zaprzyjaźnionych sklepikach na rogu, aptekach, warzywniakach – to naprawdę nie czas na zacieśnianie więzów społecznych z panią Krysią…

Nie jest łatwo. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Jedynie natura trochę od nas odetchnęła… Ale może wyciągniemy z tego czasu lekcje na przyszłość… Jedno jest pewne – po koronawirusie świat już nie będzie taki sam. I to my – ludzie będziemy musieli się do niego dostosować, a nie on do nas. Czas, kiedy czyniliśmy sobie ziemię poddaną właśnie mija…

PS. Maseczkę ze zdjęcia uszyła mi moja kochana szwagierka. Z dawno już nieużywanej poduszeczki po moich dzieciach. Jakie czasy, takie zero waste 😉

Zostaw komentarz