Śmieciowa rewolucja

Rewolucje w naszym życiu są niezbędne. Nawet jeśli w pierwszym odruchu chcemy zawrócić, to dobrze jest nie zrażać się i iść wytyczonym szlakiem. Bo zaraz po jej dokonaniu, nie możemy wyjść ze zdziwienia, jak można było dotąd żyć na starych zasadach. Ograniczenie to dla mnie jeden ze sposobów do tego, by nie marnować – czasu, okazji, życia.

Zero waste to nie moda, tym bardziej nie krótkotrwała. Dla mnie to doświadczenie, liczne patenty i nauki, które wyniosłam z domu rodzinnego. Ale też nauka na błędach własnych i moich najbliższych i niepowielanie starych wzorców, wyniesionych – obok tych dobrych – z domu, tylko ustalanie nowych, własnych reguł. To ciągłe udoskonalanie siebie i edukowanie swojej rodziny i bliskich. To wskazywanie kierunku, jaki obrałam i celu, do którego dążę. Nieustannie podkreślam – daleko mi do ideału. Żadna ze mnie Bea Johnson czy Marie Kondo. Ale ostatnie pół roku to istna rewolucja śmieciowa w moim domu. Odgracam, wyrzucam, segreguję, układam, oddaję, porządkuję, wykorzystuję na nowo. Nie mogę się nadziwić, jak wieloma, kompletnie nieprzydatnymi rzeczami mogłam się otaczać. Odkrywam kolejne zakamarki szafek czy szuflad i wpadam w osłupienie, znajdując sprzęty i bibeloty, których od kilku, czasem nawet kilkunastu, lat nie użyłam. Niektórych nie użyłam NIGDY! Marie Kondo mawia, że powinniśmy otaczać się tylko rzeczami, które są albo absolutnie niezbędne, albo sprawiają nam ogromną przyjemność. 30% z tych rzeczy, które miałam w domu, to były śmieci, o których istnieniu często w ogóle nie miałam pojęcia… Na szczęście zaczęłam od tematów łatwiejszych, których pozbywanie się nie wprawiało mnie w drżenie ręki i serca. Na pierwszy ogień poszły kuchenne szafki i szuflady. Potem wzięłam się za szafy z ubraniami moich dzieci. Na koniec – moja szafa.

Całe lata żyłam w przekonaniu, że im więcej mam zapasów w spiżarni, tym będę bardziej bezpieczna. Moi bliscy zawsze znajdą coś do zjedzenia na szybko, a żadni niespodziewani goście mnie nie zaskoczą. Pękające w szwach szafy tylko pozornie dawały mi poczucie bycia modną i na czasie. W rzeczywistości – jak większość kobiet – stając rano nie miałam co na siebie włożyć. A wielkie kartony, z których wysypywały się dekoracje bożonarodzeniowe, wielkanocne, halloweenowe czy jakiekolwiek inne, zawalały kolejne kąty i wszelkie wolne przestrzenie. Poprzestawianie klocków w głowie następowało stopniowo, ale sukcesywnie. Od dawna już nie kupuję ubrań, kosmetyków, sprzętów czy bibelotów, zanim nie zrobię dokładnego przeglądu szaf i szuflad. Nie mam oporów, by zaglądać do secondhandów czy kupować sprzęty na grupach internetowych. A jednak wciąż  mam wrażenie, że zbyt często zachowuję się niczym mysz robiąca zapasy na zimę i chowająca po kątach wszelkie mniej lub  bardziej mogące się przydać różności…

Nieprzywiązywanie się do materii jest rzeczą, której najdłużej się uczyłam i która przyszła mi trudno. Dziś wiem, że trzeba raz na jakiś czas wziąć głęboki oddech, kieliszek wina lub dwa, ewentualnie całą butelkę i pozbyć się sentymentów, a wraz z nimi wszystkiego tego, co zagraca naszą przestrzeń i głowę. To nie jest łatwe, zwłaszcza dla kogoś tak emocjonalnie uzależnionego od wspomnień, jak ja. Ale skoro ja dałam radę, to Ty także możesz!

Wiecie, co jest najpiękniejsze w takim podejściu? Że im mniej rzeczy mam w swojej przestrzeni wokół, tym jest ona większa i bardziej przejrzysta. Tym mniej czasu poświęcam na trywialne decyzje, które o poranku lub w sytuacjach dużego napięcia czasowego są powodem nerwowych ruchów i gorzkich słów. Nie czuję, że zmarnowałam choćby godzinę na te porządki. Nie czuję żalu po żadnej oddanej rzeczy. Mam do wszystkiego swobodny dostęp, nie dopycham rzeczy kolanem. Nie przejmuję się modami, trendami. Nie interesuje mnie nic, poza wygodą i komfortem psychicznym moim i mojej rodziny. Ta przejrzystość umysłu brzmi może górnolotnie, ale daje ogromny komfort, nie do porównania z niczym innym. Taki skandynawski chłód, ale i spokój. I to jest w tym minimalistycznym podejściu najfajniejsze! To jest właśnie to, czego Wam w tej chwili życzę.

1 Komentarz

  • Anna
    25 września 2019 11:16

    W moim przypadku rewolucja śmieciowa nastąpiła podczas przeprowadzki wiele tak temu. Zorientowałam się wówczas, że mam kilkanaście dużych woków ubrań (przeróżnych od kurtek, koszul po letnie sukienki nigdy nie ubrane). Jako, że jestem zwolennikiem tzw szybkich cięć to czego nie nosiłam bo np było już stare, nie dopasowane do obecnego rozmiaru itd oddałam i wyrzuciłam.
    Na początku wahałam się czy aby coś mi się kiedyś w odległej, nieokreślonej przyszłości nie przyda, ale rozum zwyciężył. Na szczęście 🙂 Sentyment, wspomnienia zbieram na zdjęciach i w pamięci, to mi wystarczy.

    Chociaż czasem trudno się oprzeć pokusie kupna kolejnego magnesika na lodówkę z wyprawy. Ale i na to znalazłam sposób, otóż kupuję je mamie i najbliższym, sobie nie zostawiam.
    Kiedyś chodzenie po sklepach sprawiało mi przyjemność, dziś przyjemność to kawa z książką, cisza kiedy mogę pomyśleć – to cenię. Polecam każdemu ten stan, chcenia mniej.
    Jak kiedyś ktoś powiedział „nie mieć nic i nie bać się nic stracić”. I coś faktycznie w tym jest.
    Gorąco Cię pozdrawiam 🙂

Zostaw komentarz