Wakacyjne rozważania o sensie zero waste

Nigdy nie byłam typem zakupoholiczki, dla której nowa para butów była antidotum na stres w pracy, a podwójna porcja sernika łagodziła ból duszy. Nigdy nie wypakowywałam koszy sklepowych po samą krawędź. Mam szczęście, bo organicznie nie znoszę centrów handlowych i zakupów, więc nigdy nie traciłam ani energii, ani pieniędzy na wielkich wyprzach. Jedyną przyjemność czuję w kupowaniu produktów spożywczych – najchętniej tych jak najmniej przetworzonych. Po pierwsze – sama chcę decydować o tym, w jaki sposób je przetworzyć, po drugie mam świadomość tego, co jem, a po trzecie – dzięki temu świadomie dokładam swoją cegiełkę do walki o ochronę naszej planety. Ale zdaję sobie sprawę, że nie każdy to lubi, nie każdy ma czas, nie każdy ma ku temu zdolności.

Nachodzi mnie jednak czasem bardzo smutna refleksja w tym moim zerowaste’owym podejściu. Życie less waste jest miłe, jeśli patrzysz bardzo wąsko na swój kawałek podłogi. Przyjemnie jest chwalić się uszytymi własnoręcznie woreczkami na owoce i warzywa, fajnie jest pogawędzić sobie ze sprzedawcą na lokalnym bazarku, cieszysz się wyrzucając obierki do kompostownika i patrzysz jak pięknie zamienia się on w glebę prima sort. Nie wyrzucasz jedzenia, planujesz posiłki,  kupujesz produkty w słoiczkach, które łatwo można poddać recyklingowi, jeździsz rowerem do pracy, ewentualnie korzystasz z komunikacji miejskiej, myjesz okna i lustra wodą z octem cytrusowym, pakujesz kanapki dziecka do szkoły w woskowijki, które wprawdzie upieprzyły ci pół kuchni, ale są – twoje własne! I banan na twarzy – masz pełnię szczęścia!

W tym roku kompletnie rozłożyły mnie na łopatki zakupy wakacyjne, w małych turystycznych miejscowościach, gdzie w zasadzie nie ma żadnego wyboru. Woda tylko w plastiku, ser i wędliny pakowane, chleb tostowy albo w najlepszym wypadku krojony – w worku, ciasta – nawet jeśli z lokalnej piekarni, to owinięte folią spożywczą, kasza czy ryż pakowane w woreczki foliowe „do gotowania” (jakoś nie miałam nigdy w sobie tyle odwagi, by gotować folię…), naczynia jednorazowe – owszem – plastikowe tacki i sztućce. Do tego brak pojemników do segregacji odpadów i wylewające się wprost ze śmietników śmieci różnorakie. Ludzie w knajpach zamawiający często bardzo marnej jakości i dużo za dużo jedzenia, które ląduje ostatecznie w śmietniku.

Ale kiedy w końcu idziesz na zakupy do supermarketu i rozejrzysz się po sklepie 360 stopni, nagle czar pryska i okazuje się, że w dużych miastach wcale nie jest dużo lepiej. Dociera do Ciebie szybko fakt, jakim jesteś frajerem i jak pierwsza lepsza firma z Koziej Wólki robi cię w konia! Wkurza mnie fakt, że producenci pakują swoje produkty w folie, potem owijają je znów folią i to JA, kupując z braku alternatywy ten cholerny plastik, przynoszę go do domu i kombinuję, czy wykorzystać kubeczek po jogurcie jako doniczkę na sadzonki, czy jako fikuśne pudełko na kredki na dziecięce biurko! Chociaż każdego dnia staję na rzęsach, by tworzyć jak najmniej śmieci w swojej przestrzeni, to wciąż słyszę rubaszny śmiech korporacji, niczym chichot diabłów, ogrywających Marcina Kabata w Ma-ma-mariaszka…

No i tak sobie jestem tą zerołejsterką… Patrzę na to, co wokół mniei nie rozumiem tego świata… Patrzę i widzę, że generalnie do ludzi niewiele dociera. Albo mają to w nosie, albo nie mają innego wyjścia.

To nie jest tak, że ekoświry takie jak ja uratują świat. Nie uratuję świata ani ja, ani stowarzyszenia Zero Waste, ani WWF, ani Greenpeace. Dopóki wielkim koncernom bardziej będzie opłacało się pakować swoje produkty w plastik, dopóty będziemy nim zalewani. Wielkie koncerny będą nam wpychać w ręce folię tak długo, póki nie zaczniemy głośno krzyczeć „dość!”. Wielkie koncerny będą nam wmawiać, że wciąż mamy za mało, że wciąż potrzebujemy nowych rzeczy tak długo, dopóki nie zaczniemy im mówić wprost: „walcie się!”. Wielkie koncerny nadal bez oporów będą nas oszukiwać pseudo-ekologicznymi rozwiązaniami i karmić nas głodnymi zerowaste’owymi kawałkami, dopóki nie zaczniemy mówić im głośno i wprost: „sprawdzam”.

Ale wiecie co ? Czuję, że ten stary świat powoli się kończy. Że to, co od zawsze  było normą, powoli odchodzi do lamusa. Że nowy porządek nadchodzi. I że inicjatorami tych zmian są ludzie, tacy jak Greta Thunberg, Inga Zasowska czy Bea Johnson. A także PRZEDE WSZYSTKIM miliony zwykłych obywateli, którzy mają dość śmieciowego życia na klimatyczną kreskę i którzy swoimi małymi kroczkami i codziennymi decyzjami doprowadzą do tego, że wielkie koncerny zaczną w końcu słuchać klientów – z pokorą i szacunkiem.

1 Komentarz

  • Places and Plants
    13 sierpnia 2019 21:02

    Dokładnie jest tak. Ale zmiany nigdy nie dzieją się hop siup. Dlatego warto, bo choć ręce opadają i łzy lecą na widok zwierząt uwięzionych w śmieciach w oceanach i nie tylko, to warto stawiać małe kroczki i zarażać kolejne osoby. I trąbić o odpowiedzialności koncernów. A gdyby tak pisać koncernom na fb masowo wiadomości typu: „Nie kupiłam dziś waszego produktu, bo był w plastiku”?

Zostaw komentarz