Zero waste a rozsądek

Buszując po internecie i rozmawiając z moimi znajomymi na temat trendu less waste, często zadaję pytanie – czy to jest jeszcze zero waste, czy już „dziadowanie”. Kiedy mam dylematy natury zdrowotnej czy moralnej – na serio zaczynam się zastanawiać, czy aby nie idę o jeden krok za daleko. W życiu nie ma nic za darmo. Wiedza to potęga, ale i broń obosieczna. Okazuje się, że będąc bardziej świadomi i wyedukowani, często stajemy przed wyborem: ja albo planeta. Stojąc przed takim dylematem, zawsze wybieram zdrowie (czasem życie), choć jak się okazuje nie dla każdego jest to oczywisty wybór.

Nie mam wątpliwości co do rzeczy tak oczywistych, jak jednorazowy sprzęt medyczny czy jednorazowe pilniki u kosmetyczki. Nie mam też wątpliwości, gdy idąc na plażę wybieram krem z filtrami, nawet jeśli jest w plastikowej butelce. Moje zdrowie jest tu bezapelacyjnym priorytetem. W całym podejściu zero/less waste kluczowe jest świadome podejmowanie decyzji. Nie chodzi o to, aby całkowicie zrezygnować z plastiku czy chemii, ale o to, by ograniczyć ich użycie w jak największym stopniu z jak najmniejszą szkodą dla nas samych. Nie zawsze eko znaczy zero waste, podobnie jak zero waste nie zawsze jest eko. I nie zawsze to, co bezpieczne dla naszej planety, jest bezpieczne dla nas.

Spleśniały dżem Theresy

Jeśli chodzi o moje osobiste granice zero waste, to są one bardzo precyzyjnie określone. Niedawno była premier Theresa May zasłynęła swoją wypowiedzią w temacie problemu marnowania żywności. Otóż wyznała ona publicznie, że pleśń nie jest dla niej żadną przeszkodą, że po prostu wyjmuje łyżką większej część dżemu ze słoika, na którym pojawiła się pleśń et voila! Problem polega jednak na tym, że pozbywając się widocznej pleśni, wcale nie pozbywamy się pleśni samej w sobie. To trochę jak z grzybami leśnymi – widzimy pięknego borowika, ale cała grzybnia znajduje się głęboko ukryta pod ziemią… Nie mam więc sentymentów i jeśli zauważam pleśń na owocach, czy jakichś przetworach natychmiast je wyrzucam. Jeśli jestem w przedłużającej się znacznie podróży lub po prostu bardzo chce mi się pić, a jedyną dostępną opcją jest plastikowa butelka wody – to czy naprawdę mam ryzykować odwodnienie w zamian dobrego samopoczucia, że oto ratuję planetę przed kolejnym plastikowym śmieciem? W domu od lat pijam kranówkę, ale unikam jej będąc w odwiedzinach szpitalu czy na dworcu. Nie mam wyrzutów sumienia, o ile wrzucę pustą butelkę do odpowiedniego pojemnika a nie do pierwszego napotkanego śmietnika. Mam to szczęście, że mieszkam poza miastem, w dodatku uwielbiam spędzać czas w kuchni, więc nie wyrzucam jedzenia do śmietnika. Jeśli zostaje mi coś, co da się zamrozić – mrożę. Jeśli mięso czy wędlina wyglądają dla mnie podejrzanie – ucztę ma nasz pies. Czerstwy chleb, który nie nadaje się już ani na grzanki, ani na bułkę tartą – oddaję sąsiadom dla kur albo do pobliskiej stadniny koni. Resztki organiczne wrzucam do kompostownika. Warzyw na rosół nie obieram, tylko porządnie szoruję, a liście od rzodkiewki, brokuła czy kalafiora są świetnym składnikiem na odżywcze smoothie, pesto czy jako mix sałat albo smażone w cieście jako pakora. Biały nalot na czekoladzie jest dla mnie oznaką nie do końca właściwego jej przechowywania a nie zepsucia i wykorzystuję ją do polewy lub fondantów czekoladowych.  To jest dla mnie filozofia „respect food” w czystej postaci.

Co z tą datą?

Bardzo ważną dla mnie rzeczą, której się nauczyłam kilka lat temu, było prawidłowe rozpoznawanie terminów: data przydatności do spożycia i data minimalnej trwałości. O ile ta pierwsza pojawia się zazwyczaj na produktach szybko psujących się, np. mięsie, wędlinach, rybach czy jogurtach – i tejże nie powinniśmy przekraczać, o tyle ta druga jest bardziej umowna. Datę tę rekomendują producenci, jako tę, do której produkt ma stuprocentowa , najwyższe wartości, ale nie oznacza to, że musimy produkt po tej dacie wyrzucić Jeśli był prawidłowo przechowywany, możemy dać takiemu produktowi śmiało kilka dni lub nawet tygodni, a czasem nawet miesięcy. Do tej grupy należą przede wszystkim płatki, mąka, ryż, makaron, warzywa strączkowe. Zwracajcie na to uwagę i nie wyrzucajcie lekką ręką produktów „po terminie”.

Czas…

Dla mnie osobistą granicą zero waste, której nigdy nie byłabym w stanie przekroczyć, nawet gdybym kilka lata  temu miała wiedzę, jaką mam dziś, były pieluchy wielorazowe. Czas – mój czas prywatny – jest dla mnie tak samo cenny w tym wypadku jak planeta i środowisko, które szanuję. I tak – może jestem egoistką, ale mając ograniczony czas w postaci 24 godzin na dobę, a przy tym mnóstwo innych obowiązków, planów i pasji, które są dla mnie równie ważne, nie byłabym w stanie prać i prasować pieluch. I świadomie używałabym (i używałam) jednorazowych. Tak, wiem, że nasi rodzice wychowali nas na tetrze i jakoś żyli, tyle że naprawdę nie ma co porównywać nas w  dzisiejszych czasach i naszych rodziców kilkadziesiąt lat temu. Tych obu rzeczywistości nie da się zestawiać jeden do jednego. Zresztą czas jest dla mnie moją osobistą najważniejszą granicą. Czas, który wolę spędzić z dziećmi, zamiast prać pieluchy wielorazowe. Czas, który wolę spędzić czytając ciekawą książkę niż usuwając plamy octem, sodą oczyszczoną i kwaskiem cytrynowym. Czas, który wolę spożytkować na pielenie mojego przydomowego ogródka, niż jechać po soczewicę na wagę, sprzedawaną w eko-markecie na drugim końcu miasta. Granice wyznaczajcie sobie sami. Choć czasem warto je od czasu przekroczyć i sprawdzić, jak wygląda życie za miedzą.

8 Komentarze

  • Ewa
    4 czerwca 2019 08:54

    I ja się właśnie od jakiegoś czasu zastanawiam nad tym, że zero waste wymaga ode mnie wysiłku ponad moje możliwości, że jak zrobię jeden niewłaściwy ruch to już klapa na całej linii.. Dziękuję za rozsądek ☺️ to o nim nie powinniśmy nigdy zapominać!

  • Olga
    4 czerwca 2019 14:58

    Ja od dwoch lat uzywam pieluch wielorazowych dla mojego synka. Nie widze wcale jakies wiekszej straty czasu… nastawiam pranie na noc raz na 3 dni, rano wieszam pieluszki i juz. Zajmuje mi to 15 minut. Wiec nie moge zgodzic sie z ostatnim punktem wypowiedzi… nie demonizujmy pieluszek wielo, prosze! No naprawde tak niewiele wysilku dla tak pieknego rezultatu!

    • Oliwia Madrak-Budzińska
      4 czerwca 2019 15:05

      Nie demonizuję pieluszek wielo – opisałam swoje podejście, choć absolutnie podziwiam rodziców, którzy się decydują na opcję eko. Dla mnie jednak to nie tylko kwestia prania pieluch, ale także pościeli i ubrań. Kwestia zużycia wody, detergentów, później energii do prasowania – mi osobiście się to nie kalkulowało. Ale to tylko moje zdanie 😉

  • Marta
    4 czerwca 2019 16:27

    Przecież pieluszek wielorazowych nie trzeba prasować 🙂

    • Oliwia Madrak-Budzińska
      4 czerwca 2019 18:01

      Kiedyś były takie wytyczne. Nie mam ani specjalistycznej wiedzy w tym temacie a od czasu, gdy ja byłam pieluchową mamą naprawdę sporo się zmieniło. 🙂 Fajnie, ze teraz rodzice mają mniej problematyczny wybór.

  • Ola
    4 czerwca 2019 17:54

    zerowa wiedza na temat pieluch. teraz nie uzywa sie tetry, ktora zawija sie w cerate. te czasy minely. a wstawienie pralki +rozwieszenie , to jakies 5 min raz na 3 dni. wydaje sie korzystniejsze niz bieganie do smietnika ze smrodkiem co chwile. tego typu wpis moze kogos zniechecic, przedstawia nieprawde. nie podoba mi sie to.

    • Oliwia Madrak-Budzińska
      4 czerwca 2019 17:59

      Nigdzie nie napisałam, że jestem ekspertem w sprawie pieluch. Moje osobiste granice są moje i nikt nie musi ich przyjmować. To moje subiektywne odczucie, jeden z kilku elementów wpisu, a nie poradnik dla młodych rodziców. Życzę miłego wieczoru 🙂

  • Klaudia
    4 czerwca 2019 21:46

    Tak, według mnie również należy stawiać własne zdrowie i samopoczucie na pierwszym miejscu, zwłaszcza że nie ponosimy odpowiedzialności za to, że praktycznie wszystko jest zapakowane w plastik. Ponadto, żyjąc zgodnie z ideą #lesswaste, wcale nie chronimy świata przed śmieciami – one i tak są już wyprodukowane i będą musiały zostać zutylizowane. To, co tak naprawdę robimy, to nie przyczyniamy się do wzrostu popytu (i w pośredni sposób podaży) na produkty nieprzyjazne środowisku. W żaden sposób nie ujmuje to temu stylowi życia, ani nie obniża jego wartości, jednak rzeczywiście nie warto robić sobie wyrzutów za „zaśmiecanie świata”, jeśli zdarzy nam się mały skok w bok 🙂

Zostaw komentarz